Produkt: era suchej buły, banana i parówy, czyli przepis na kompromis…

27 stycznia 2020

Przepis na kompromis – od pomysłu…

U podstaw przepisu na kompromis leży moja historia, którą pewnie dzieli wielu z moich czytelników, grupowiczów, fanów i niefanów też. U podstaw przepisu na kompromis jest produkt. To przy wyborze produktu zaczyna się spełnianie potrzeb, droga do zdrowia, smaczny posiłek, świadomość tego co nam służy.  Wiele osób, które spotykam niespecjalnie się zastanawia co jeść, co zmienia się gdy pojawiają się kłopoty ze zdrowiem. Szczęśliwie, coraz więcej ludzi wokół widzi, że zdrowie można przywrócić jedzeniem. Wciąż dużo osób nie wie jednak jak to zrobić. Albo wie, ale nie wie jak to zrobić w swoim domu – dorosłym, dzieciom… A ja, krok po kroku, chcę się tą wiedzą dzielić.

Era suchej buły, banana i parówy.

Oj tak tak. Miałam się nie przyznawać. Wiecie, taka eko, świadoma, wykształcona, z doświadczeniem i… parówkami w lodówce. Łzy w oczach, zgrzytanie zębami. A było tak:

Gdy rozszerzałam mojej Apolonii dietę mięso poznawała powolutku. Właściwie jego smak poznała po pierwszym roku życia. Było mleko, było kp, ukochane jajka. Białko było, parówek, wędlin w lodówce brak, no bo kto by to jadał. Marzyło mi się, że moje dziecko będzie takim mięsnym niejadkiem, a ja w końcu uzyskam motywację do wege gotowania. No i stało się tak, że pojechaliśmy z roczniakiem na wakacje ze znajomymi. Już zaraz pierwszego dnia, przy wspólnym posiłku,  dziecko włączyło swój radar umiejscowiony w czeluściach kształcącego się centralnego systemu nerwowego, dokonało skanowania zawartości stołu, po czym wyciągnąwszy palec wskazujący wydobyło z siebie głośne „mmmmm!!!!“ na pierwszy w życiu widok parówek. I się zaczęło.

Wtedy jeszcze, tak do półtora roku córka jadła prawie wszystko. Może poza szpinakiem. Jednak naprawdę jadła dużo, chętnie i różnorodnie. Gdy nadeszła jednak magiczna w jakiś sposób granica 18 miesięcy życia mały człowiek zaczął wykazywać preferencje i wymagania żywieniowe. Walająca się w zupie pietruszka to już może niekoniecznie, pomidorki to chyba też nie, buraczki no jeszcze jak Cię mogę, ale za to te parówki… i to MIĘSO… wtedy już wiedziałam, że z wege domu nici, a ja pracująca kobieta (w drugiej ciąży zresztą) nie mam siły na kuchenne rewolucje pod własnym dachem. Córka zaś, spokojnie, w powolnym tempie rezygnowała z kolejnych składników pokarmowych, bezskutecznie wyciągając częściej ręce po suche buły z Biedronki (z mrożonego ciasta, a jakże!), plujące coraz to kolejnymi warzywami. Owoce zawsze były w modzie, to i owszem, ale zimą, gdy dziecko dwuletnie pluło już nawet mrożoną zieloną fasolką, cytrusami i burakiem pozostał mi do wyboru BANAN.

Kłopoty ze zdrowiem w komplecie.

A dodam jeszcze, że do zestawu zdrowotnego doszła kompletna, dość ostra alergia na białka mleka krowiego, laktozę, nietolerancja fruktozy, niedowzrost, niedobór hormonu wzrostu, poranna hipoglikemia i zbyt niska masa ciała (co do zasady, poza siatkami centylowymi przez blisko 2 na 4,5 lat życia mojej córci)… takiemu dziecku nie można odmówić posiłku, a hipoglikemia wymaga podawania od rana czegoś, co szybko uzupełni glukozę we krwi. Szybko, czyli wiecie, miód, bułka, owoc. Na przeciwko tego zestawu żywieniowego nieubłagane wyniki badań. Dietetyk po środku, między awanturami o banana i zaleceniami żywieniowymi…

Ile to razy były w moim gabinecie mamy wskazujące na swoje małe dzieci z niską masą, a ja patrzyłam i mówiłam: jak ja bym chciała by moja córka mając 11 miesięcy warzyła 10 kilogramów. Ważyła niecałe 8,5 kg (dziś ma 4,5 roku i waży 13…)

No i jak żyć? Buła, banan, parówa – to były największe pokusy mojego dziecka. Owsianki nie, choćby tej najlepszej z miłością ugotowanej, według pięciu przemian, ze zbożami, olejami, nasionami – nie tknęła. Nic i już.

Szukając kompromisu – prawo wyboru.

Nie był to łatwy czas, bo syn, Janek, mając 10 miesięcy miał swoje inne wymagania pokarmowe. Na przykład ubóstwiał warzywa, makarony, kotleciki wegańskie i wegetariańskie, właściwie tego wszystkiego, co córka jeść nie chciała.  O potrzebach dorosłych w tym całym ambarasie ciężko mówić, choć prawda jest taka, że staram się unikać mięsa, smażonych rzeczy, węglowodanów, właściwie mogłabym jechać całe życie na surówkach.

Do herosów psychicznych niestety nie należę, nie umiem gotować z dzieckiem na plecach a drugim na brzuchu, muszę dużo spać – ze względu na własne zdrowie, więc po nocach nie gotuję, tylko odpoczywam. Kombinowałam jak tu pogodzić tę moją miłość do zdrowych produktów, z wybredną, alergiczną córką i synem, który jeszcze niewiele może jeść, a już na pewno nie je tego, co córka… A do tego zaparłam się, że czas wrócić do swoich semi-wegańskich praktyk (lub jak kto woli fleksitariańskich).  Zaczęłam więc pisać, planować, co dało mi pomysł właśnie na przepis na kompromis: dla rodziny, wegan, alergików. Od dawna chciałam założyć grupę, żeby zacząć opowiadać jak te produkty wybierać, żeby każdy jadł to co lubi, może i potrzebuje. Wierzę, że znalezienie produktów, które nam służą jest podstawą do dobrego stylu żywienia, do dobrej diety. Takiej, która posłuży nam długi czas, a nie zakończy się wraz z upływem jadłospisu. Wybrane produkty trzeba układać w dania, dania w plany żywieniowe, domowe, choćby najprostsze. Córka nie je warzyw? Syn mięsa? Da się zrobić mnóstwo posiłków, że każdy skubnie coś co lubi, i będzie się z tym czuł dobrze. A to w żywieniu najważniejsze.  Jedzenie ma być przyjemne. I mądre. A gotowanie tym bardziej. Dlatego jest przepis na kompromis. Bo po prostu się da uszanować odmienność każdego z nas w kuchni.

Produkt to podstawa.

Drogie kobietki, drodzy mężczyźni, produkt to naprawdę podstawa.  Druga podstawa to organizacja. Produktów w dania, czasu na gotowanie. Umiejętność wkładania do słoików tego co się da i zamykanie na kilka dni w lodówce, żeby dojeść w chwili kryzysu.  Zachęcam do zapisywania tego co lubisz jeść dzisiaj, w tym miesiącu, w tym roku. W chwili kryzysu, w chwili zadowolenia. Zachęcam do oglądania produktów w sklepach, wąchania, poznawania. Do sięgania pamięcią do lat dzieciństwa – tam są zapisane smaki, których szuka nasze ciało ( o czym pisałam tutaj).  Szczęśliwie – o ile wiele z nas pamięta zapach prawdziwego pieczywa z pieca opalanego drewnem, na żywym zakwasie (taki odpowiedni dzisiejszej buły), to w wypadku większości z nas dorosłych – banany i parówy w latach młodości codzienną pokusą być nie mogły 😉

A dzieci? Nie ma lekarstwa na wybrzydzanie. Trzeba to przetrwać. Opracowałam kompromis. Czasem im te parówki kupuję. Trudno. Banany  jedzą właściwie tylko w owsiance. Nie daję i już. Buł z Biedronki nie kupuję. Ani żadnych innych, mrożonych. Tylko pieczywo dobrej jakości. I truję o warzywach, podaję, sama wcinam. Nie jem tego co oni, bo nie lubię. Nie rezygnuję z siebie. I mam nadzieję, że jak każda era – ta suchej buły banana i parówy też się skończy.

Wszystkiego smacznego

Jagoda

Jagoda Dąbrowska

Jagoda Dąbrowska

dietetyk, biotechnolog medyczny ze specjalizacją w immunologii

Gotuję od 25 lat. Żywność, biologię człowieka i komórki studiuję od ponad 15 lat. W moim domu każdy ma inne wymagania żywieniowe, choroby i preferencje. I to jest OK, że każdy z nas je inaczej.

Pracuję z diagnostyką zachodu, medycyną chińską, medycyną komórkową, biologią totalną i psychodietetyką. Nasze ciało do nas mówi, a ja z nim rozmawiam i staram się dawać mu to, czego potrzebuje.

Jestem biotechnologiem medycznym i dietetykiem, ale przede wszystkim Kobietą świadomą potrzeb swojego ciała.


Być może spodoba Ci się również…

Zbierając patyki. Dbając o yang.

Zbierając patyki. Dbając o yang.

W każdym największym yin jest zalążek yang. W każdym zimnie, w każdej śmierci, chorobie i słabości tkwi zalążek do życia, zdrowienia, ciepła i siły.  

Naleśnik

Naleśnik

– A ja? Co z moim śniadaniem? Nie mam ochoty na naleśniki.
Wpadłam w lekką zadumę. Tak, znowu to zrobiłam, dla wszystkich tylko nie dla siebie.

1 komentarz

  1. jr

    O matko! A co złego jest w bananie?! :/ Żyję w przekonaniu, że to spoko owoc, a tu taka wrzuta na mojego zółtego przyjaciela! :/ Mam sie z nim rozstać?

    Odpowiedz

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.